Nie wiem czy zgodzicie się ze mną, ale jest pewna sprawa, która od pewnego już czasu zaczyna mnie coraz bardziej denerwować. Chodzi o rowerzystów jeżdżących po chodnikach! Każdego rana, gdy idę do pracy, mija mnie ten sam dziad na rowerze, który jedzie chodnikiem niczym święta krowa, a przy tym rozwija taką prędkość, że nie chciałabym wpaść pod jego koła. Jeszcze bardziej denerwujące jest to, że chodnik ten jest przy ulicy, która prawie wcale nie jest używana przez samochody!
Nie jest to oczywiście jedyny przypadek, bo często mi się to zdarza, że idę chodnikiem, a tu nagle z nikąd wyjeżdża mi zza pleców rower. Gdy idę chodnikiem, to chcę mieć spokój, a nie wciąż mieć się na baczności i bać się czy przypadkiem nie należy nagle usunąć się jakiemuś rowerzyście. Tak właśnie bywa na kładce. Poprawcie mnie, jeśli się mylę, ale wydaje mi się, że jest tam zakaz jeżdżenia rowerem, a mimo to, nikt sobie z tego nic nie robi. Nie raz już byłam świadkiem, jak rowerzysta wjechałby komuś w plecy, a przy tym jest jeszcze wielce oburzony i krzyczy na przechodnia, żeby "uważał jak lezie".
Rozumiem, że nie każdemu chce się zchodzić z roweru, żeby przeprowadzić go przez kładkę, ale jeśli już koniecznie musi wieźć swój zad na siodełku, to niech ma na uwadze to, że nie jest pępkiem świata!
A jeśli jutro znów spotkam tego dziada na rowerze, to wsadzę mu kij w szprychy!! :pirate2: